Słów kilka o Devil May Cry 4

Zanim dorwałem w swoje dłonie czwartą część Devil May Cry, miałem wiele obaw. Czy gra będzie dostatecznie dobra, by stawiać ją obok genialnej jedynki czy trójki? Czy pozbycie się Dante jako głównej postaci nie będzie gwoździem do trumny? W końcu udało mi się dopaść tę grę i wszystkie wątpliwości zostały rozwiane.

Od samego początku osoby odpowiedzialne za grę dają nam do zrozumienia, że cały czas jest to przepełnione spektakularnymi akcjami DMC. Nadal mamy białowłosego bohatera z ogromnym mieczem i pistoletem, tym razem o imieniu Nero – jednego z rycerzy Zakonu walczącego przeciwko demonom. Przez długi czas sądziłem że owa postać jest żywą kalką syna Spardy, gdyż również zachowywał się jak cwany i często ripostujący młodziak uważający się za niepokonanego. Jak się okazało, moje wrażenie nie było aż tak mylne, bo pomimo kilku szczegółów różniących tych dwóch panów są niemal identyczni. Już na samym początku jesteśmy świadkami starcia Nero z Dante. Walka to tak naprawdę prosty samouczek, który zapoznaje nowych graczy z mechaniką gry, mimo iż ta nie zmieniła się prawie pod żadnym względem. Nadal mamy jeden przycisk odpowiedzialny za broń palną, drugi za białą, tym razem jednak nasz rycerz jest w posiadaniu czegoś zupełnie nowego – demonicznego ramienia którym został „obdarzony”. Jest to naprawdę przydatna umiejętność, bowiem dzięki niej nasza efektywność w walce wzrasta kilkakrotnie, a my stajemy się jeszcze lepszą maszyną do wyrzynania diabelskich pomiotów, niż miało to miejsce w częściach poprzednich.

Po pierwszej godzinie rozgrywki cieszyłem się, że do gry używałem pada, a nie klawiatury. W innym wypadku moje palce byłyby w naprawdę opłakanym stanie. Poziom trudności gry stanowi osobny, dodatkowy problem. Nie jestem do końca pewny czy to ja się odzwyczaiłem od rozgrywki w serii, czy może czwórka była po prostu bardziej wymagająca niż poprzedniczki. Mój licznik zgonów osiągał naprawdę spore liczby, a żywota najczęściej dokonywałem w walkach z bossami, których było tu może niewielu, ale za to bardzo dobrze zapadły w pamięć.

Wracając jeszcze do grywalnych postaci – po pewnym czasie przejmujemy kontrolę nad Dante. W tym momencie pierwszy raz się podirytowałem grając w tę część. Pogromca demonów został bardzo osłabiony względem Nero, ciężko mi było przywyknąć do mechaniki „stylów”, które mogliśmy na bieżąco zmieniać w walce. Zajęło mi to sporo czasu i frajdę z walki tym bohaterem zacząłem czerpać dopiero pod sam koniec. Niestety wyglądało to na wklejenie tego fragmentu na siłę, by zadowolić osoby które pamiętają poprzednie części. Gra wyglądała tak, jakbyśmy przechodzili ją od końca do początku względem postępów Nero. Podobne walki, a co najgorsze – te same starcia z bossami które ukończyliśmy jako Nero (Jak się okazało, później powtórzyły się ponownie). Te zostały urozmaicone jedynie o nowe bronie które Dante zdążył po drodze zdobyć.

Co jednak naprawdę mnie zachwyciło, to ścieżka dźwiękowa idealnie wkomponowana w klimat gry. Pierwszy raz w spotkaniu z serią z niecierpliwością oczekiwałem starć, by usłyszeć niesamowite utwory z pokroju ostrych brzmień, a nawet muzyki operowej, której na co dzień nie trawię. Tutaj nie dość że nie przeszkadzała, to była przyjemna dla ucha.

Gdy już jednak gra zbliżyła się do samego końca, a ostatni przeciwnik padł jak mucha, poczułem się jak w jakimś podrzędnym filmie romantycznym. Co prawda motyw miłości był w serii bardzo ważny, ale nie wmuszano go nam na siłę, pojawiał się raczej epizodycznie. Tak też w moim mniemaniu powinno pozostać, ale gra wolała uraczyć nas przesłodzonym, ckliwym fragmentem.

Podsumowując, tytuł ten z pewnością jest dobrą grą. To nadal Devil May Cry, ale nie jestem pewny, czy został godnym następcą swoich starszych braci. I mimo że bliskie premiery DmC: Devil May Cry nie ma startu do jakiejkolwiek z wcześniejszych części, tak samo w odświeżonym Dante nie ma żadnej konkurencji dla Nero.
 

Niepoprawny pseudo-filozof pełny sprzeczności, wychowany przy muzyce i grach wideo. Od dobrych kilku lat patrzący z dumą na społeczeństwo które z dnia na dzień coraz bardziej się stacza, mający nadzieje że kiedyś to wszystko upadnie i pozostanie jedynie spokój.
Dużo zawdzięcza rodzeństwu, dzięki któremu tak naprawdę miał dostęp do sprzętu typu Amiga, SNES czy chociażby PSOne z nowszej generacji. Sentymentalny miłośnik filmów i gier z gatunku grozy, utożsamiający się z mottem „Od słowa wszystko się zaczęło, od słowa zginie”

Lost Password

Zaloguj się na arhn.eu