Warto zagrać: Uncharted: Drake’s Fortune

Wraz z wejściem do sklepów siódmej generacji konsol zespół Naughty Dog postanowił porzucić tworzenie platformówek dla młodszych graczy, a zamiast tego chciał trafić do trochę dojrzalszych odbiorców. W tym celu postawiono na grę akcji, nawiązując w niej do kina awanturniczego i tworząc przy tym jedną z bardziej rozpoznawalnych postaci w światku graczy.

My name is Drake, Nathan Drake.

Głównego bohatera poznajemy podczas badania sarkofagu wydobytego z dna oceanu. Według wszelkich informacji powinien w nim spoczywać jego przodek – angielski korsarz sir Francis Drake. Jednak, zamiast zwłok, znajdujemy tam wyłącznie stary dziennik, który zawiera informacje o słynnym, złotym mieście El Dorado. Nie trzeba dużo myśleć aby wpaść na to, że to właśnie skarby tam ukryte są główną osią fabularną gry. Scenarzyści zdecydowali się też zaczerpnąć więcej pomysłów z przygód Indiany Jonesa. Dorzucili do historii nazistów i zjawiska paranormalne, całość lekko podlewając aurą tajemniczości z pierwszych sezonów serialu Lost. Trzeba przyznać, że dzięki takim zabiegom fabuła jest wciągająca, a przy tym lekka. Nie ma miejsca na nudę i kolejne zwroty akcji coraz bardziej zachęcają do grania, pobudzając ciekawość. Jest to na pewno silna strona tej produkcji, która de facto potrafi uciągnąć całość, lecz należy też przyjrzeć się innym składowym.

Drake idzie wodą w Uncharted: Drake's Fortune

Powyższe pozytywne wrażenie psuje trochę postać głównego bohatera. Jest on wzorowany na doktorze Jonesie, lecz twórcom nie udało się doścignąć oryginału. Brakuje mu wyrazistego zachowania, odróżniającego go od dziesiątek innych bohaterów gier. Przy pewnych jego żartach można się nawet dopatrzeć tego, że ludzie z Naughty Dog dotychczas tworzyli platformówki dla młodszych graczy i o wiele lepiej znają się na tych odbiorcach. Ciut lepiej wypadł stary towarzysz Drake’a – Victor Sullivan. Jest on jawnie przerysowany, ale przez to świetnie wpasowuje się w świat gry, która nie ma nadmiernie wybujałych ambicji. Gorzej natomiast jest trochę ze “standardową ukochaną” bohatera. Ta jest dość sztuczna i przez całą grę będzie tylko uzupełnieniem Drake’a na zasadzie, że jakaś kobieta być musi, bo tego spodziewają się odbiorcy.

Technika, fizyka

Jednym z głównych problemów Uncharted jest sposób, w jaki stworzono jej liniowość. Nie chcę być źle zrozumiany, nie mam nic do gier liniowych. Ten sposób rozgrywki pozwala uzyskiwać odpowiednie rozwiązania fabularne i wciągać gracza lepiej w przedstawioną historię. Tutaj jednak postawiono na poruszanie się Drake’a w ciasnych korytarzach, które nie mają kompletnie żadnego logicznego uzasadnienia. Owszem, bywają to też korytarze w dosłownym tego słowa znaczeniu, czyli pomieszczenia różnych budowli, ale często są to po prostu zwykłe tunele w dżungli, które są ukształtowane w jedną drogę do przodu. Nie ma tutaj nawet złudzenia otwartości. Próbowałem sobie tłumaczyć to tym, że ta gra powstawała na początku generacji i nie do końca było wiadomo jak korzystać z dostępnej technologii, ale z drugiej strony Naughty Dog pokazało, że umie robić otwarte światy już w czasach PlayStation 2 i w grach z serii Jak & Daxter.

Niestety nie tylko projekty poziomów zawodzą. Ogromnym problemem jest działanie zastosowanej technologii. Z niezrozumiałych dla mnie powodów w grze pojawia się co chwilę tearing i to nie tylko przy dużych obszarach zewnętrznych, ale nawet przy gwałtowniejszych ruchach kamerą. Dodatkowo zdarzają się momenty, gdy na naszych oczach doczytują się tekstury… podłoża. Zdarza się to przede wszystkim po wczytaniu checkpointa, kiedy zostajemy cofnięci o lokację lub dwie do tyłu. Żeby jednak oddać sprawiedliwość twórcom, należy wspomnieć, że przy okazji udało im się stworzyć kilka niezapomnianych widoków, które nawet dziś potrafią wzbudzić podziw.

Widok na piękny fort w Uncharted: Drake's Fortune

Wspomniałem już o problemach występujących przy gwałtownych ruchach kamerą, lecz nie są to jedyne problemy z nią związane. Znacznie bardziej denerwująca jest jej zła praca. Przez większość czasu możemy sami nią sterować, ale zdarzają się takie momenty, gdy twórcy ustawiają ją nieruchomo. Zapewne miało to ułatwić poruszanie się w sekcjach zręcznościowych, lecz stało się raczej utrapieniem. Bardzo często ciężko ocenić, czy da się doskoczyć do kolejnej półki, czy może trzeba szukać innej drogi. Zdarzały się też momenty, w których odnosiłem wrażenie, że skaczę dalej niż tak naprawdę powinienem, a cały skok jest opisany skryptem “przeciągającym” jego odległość ponad miarę.

Balansowanie na linie

Może to zabrzmi dość dziwnie, lecz jak na grę akcji, to zbytnio postawiono na akcję pod postacią strzelania do przeciwników. Jest to najczęstsze zadanie w trakcie rozgrywki i choć twórcy próbują je urozmaicić poprzez strzelanie z pojazdów, to jednak czuć przesyt tym stylem gry. Do tego doprowadza to też do absurdalnych rozstrzygnięć fabularnych, gdyż nawet w najbardziej mrocznym tunelu już na nas czekają uzbrojeni w kałasznikowy przeciwnicy. Autorzy chyba sami dostrzegli w pewnym momencie absurd tych założeń i zaczęli mrugać okiem do odbiorców, że o to właśnie chodzi. Na szczęście należy dodać, że postarali się o stworzenie w miarę przyjemnego systemu potyczek i chociaż kilkukrotnie doprowadzał mnie do frustracji (gwoli ścisłości, jakiekolwiek strzelanie do celów przy pomocy pada mnie doprowadza do niej), to jednak był zjadliwy na tyle, że przebrnąłem do końca gry.

Nathan chowa się za ścianą w Uncharted: Drake's Fortune

Z dziennikarskiego obowiązku zostało mi jeszcze opisanie strony audio, a ta jest poprawna. Na pewno nie przeszkadza, podkreśla za to atmosferę lokacji, aczkolwiek brakuje jej mocnego motywu przewodniego, który zostanie w głowie również po wyłączeniu gry. Główny temat muzyczny ma niby odpowiednie dźwięki, kojarzące się z przygodą i zagadkami, ale jest przy tym tak nijaki, że można o nim zapomnieć tuż po tym jak się kończy. Odgłosy środowiska stoją na dobrym, rzemieślniczym poziomie i w zasadzie nie ma się co rozwodzić na tym dłużej.

Staram się zrozumieć, że Uncharted: Drake’s Fortune był pierwszym tytułem Naughty Dog na PlayStation 3. Nie będę też ukrywał również mojej słabości do autorów już od czasów Crasha Bandicoota, ale niestety zawiedli mnie trochę przy tej produkcji. Gra nie jest zła. Można by raczej napisać, że jest jak hamburger – smaczna, tylko brak jej innych walorów. Sprawdza się jako gra akcji, jednak głównie dzięki zabiegom fabularnym, które, choć proste, to potrafią przyssać do telewizora. Reszta gry wykonana jest na pewnym przyzwoitym poziomie, jednak bez nadmiernych fajerwerków.

Lost Password

Zaloguj się na arhn.eu