Lifeless Planet

Od czego by tu zacząć… Może w miarę obiecująco rozpocznę od fabuły. Kolonizatorzy nowoodkrytej, cudownej planety jak i jakakolwiek komunikacja z nimi przepadły równie szybko co ów raj odnaleziono. To nasza postać ma być osobą, która przyjrzy się bliżej całej tej tajemniczej ewaporacji. Lądujemy więc na orbicie i… cóż rzec – gra jak wygląda, każdy widzi i nie, to nie żadna screenowa kompresja, ona jest po prostu taka brzydka. W dodatku prezentuje się tak przez cały czas. Puste góry i równiny aż po horyzont. Czasem trafi się jakiś budynek czy wystająca rura odpływowa, ale to tyle. Nuda, żeby to jeszcze ładne było, niestety nie. Rozumiem założenie, ale widząc rozciągnięte jak się tylko da tekstury z wyraźnymi granicami między jedną a drugą, czuję lekkie rozczarowanie miast niepokoju.

Lifeless Planet

Animacja to zresztą nie mniejsza tragedia, wygląda jakby żywcem wyjęto ją z Colobota. Ogólnie przypomina się rok 2000. Na plus dla oprawy składa się muzyka. Stara się być klimatyczna – ambient i elementy symfoniczne pasują do otaczającej nas nicości. Voice actingowi również nie będę czegokolwiek zarzucał, jest poprawny, choć nie zapada w pamięć na dłużej. Problem w tym, że nie da się ot tak, bez budżetu nadrobić graficznych braków. Nie zrozumcie mnie źle, nie stawiam wizualiów ponad wszystko, ale odnoszę wrażenie, iż tytuł zwyczajnie na siłę próbuje być tym, czym być nie może. W dodatku nic nie wynagradza słabej prezencji, a już na pewno nie równie słaby gameplay.

Lifeless Planet

Wędrując naszym bezimiennym bohaterem, którego plecak odrzutowy aktywuje się, kiedy grze się podoba (podobnie jest z uzupełnianiem tlenu, niczemu to nie sluży, ale jest), co jakiś czas możemy natknąć się na różnorakie wizje pokroju pustego łóżka na środku sali w wielkim bunkrze. Znika ono po podejściu do niego, tak samo jak i motyw fatamorgany, gdyż ten pojawia się potem już tylko sporadycznie. Sama rozgrywka polega zresztą na nudnym parciu przed siebie, uzupełnianym ewentualnie skakaniem między obiektami bądź przeniesieniem rzeczy z jednego miejsca na drugie, a na tym notabene polegają tu „łamigłówki”. Ani to ciekawe, ani wymagające czy specjalnie artystyczne. Rzadko mi się zdarza, żebym do grania w coś musiał się dosłownie zmuszać, a mając na boku takich konkurentów jak Papers, Please czy Far Cry 3 to właśnie robiłem. Jednym słowem, męka.

Lifeless Planet

W pewnych sloganach promujących grę można przeczytać, że jest to “powiew świeżości” bądź też “przewaga sztuki nad rozrywką”. Naprawdę jestem ciekaw, gdzie jest ta innowacja i sztuka w LP? “Zagadki” są banalnie proste, motyw podróży, niewiedzy, wyobcowania i pustki również został już przewałkowany przez dużo lepsze tytuły jak The Swapper czy Journey. Więc proszę, powiedzcie mi, czym się tu zachwycać? Sam tytuł można zresztą ukończyć w 3-4 godziny, co przy cenie 20 euro na Steamie jest według mnie dość skandaliczne. Wy jednak sami zdecydujecie, czy warto wydać tyle na jedno lub dwa popołudnia z przedpremierowym dostępem do tej produkcji.

Student filologii angielskiej z Krakowa. Przez 19 lat mieszkał w Nowej Hucie skąd wyniósł zarówno masę równie ciekawych i przerażających historii jak i kilka nieprzyjemnych nałogów, z których najlżejszym jest kawa. Miłośnik amerykańskich i brytyjskich seriali oraz filmów z pięknymi zdjęciami. Ma ambitne plany zostać kierowcą ciężarówek, lub lokomotyw na uchodźstwie w UK.

  • prz

    Zaczyna się tajemniczo i zachęcająco, motyw sowieckich tajnych odkryć nawet nawet. Niestety, od incydentu w wiosce jest coraz nudniej. 90% gry to skakanie Colobotem i parcie naprzód. Wielka szkoda, potencjał jakiś to miało w zapowiedziach, a tymczasem większość fabuły zawiera się w elektronicznym notatniku bohatera.

    • Artur Ymir Bednarz

      Mam wrażenie, że cały budżet gry poszedł na tamto sowieckie miasteczko właśnie xD
      Zero wysiłku włożonego w produkcję. Gra oczekuje od graczy że ci kupią wszystko co próbuje być jak Dear Esther (notabene też przerost formy nad treścią).

Lost Password

Zaloguj się na arhn.eu