Relaks za ladą

Każdy z nas czasami nudzi się w pracy. Nieważne, czy jesteś pracownikiem stacji paliw, urzędnikiem, stróżem nocnym czy taksówkarzem – bezczynne siedzenie w oczekiwaniu na klienta czy nerwowe spoglądanie na zegarek nie należy do najprzyjemniejszych czynności w życiu.

W takich chwilach jedni czytają książki, inni oglądają filmy na telefonie, a ja gram. I o tyle, co w wyborze tych powyższych nie ma specjalnych kryteriów, to z grą sytuacja jest inna. Trzeba wiedzieć, jak dobierać tytuły, bo nie wszystko nadaje się na dobrego kompana w okresie bezruchu. I właśnie o tym chcę się trochę powymądrzać.

Powiesz: „Nikt mi nie będzie mówił, w co mam grać!”? Masz absolutną rację. Nie mogę Ci niczego narzucić. Ale wyobraź sobie, drogi czytelniku, taką sytuację: Jesteś sprzedawcą w sklepie. Trwa akurat pora obiadowa. Ty już po posiłku, a klientów nie ma, bo siedzą przy stole w domach lub jedzą w jakiejś knajpie. Postanawiasz wyjąć z szuflady swoje stare, poczciwe PSP i pograć w pożyczone od kumpla „Patapony”. Podekscytowany włączasz jedną z plansz i natychmiast skupiasz się na prawidłowym wystukiwaniu rytmu. I nagle wchodzi klient. I chce coś kupić. Co robisz? Gry nie da się spauzować. Wyprowadzenie źle jednej sekwencji bębnów zazwyczaj jest tragiczne w skutkach dla naszych podwładnych, a misja kończy się niepowodzeniem. Brzmi słabo, prawda?

Screen patapon

Myślę, że już wiecie, co mam na myśli. W takim razie, w co grać? Tytuł, który wybierzemy na naszego wypychacza czasu, na pewno musi posiadać opcję zatrzymania rozgrywki w każdym momencie bez żadnych konsekwencji. Mówiąc krótko, odpadają gry muzyczne i wszelkie multiplayerowe sieciówki. I choć część z tych opartych na dźwięku da się spauzować, trudno wstrzelić się w rytm po dłuższej przerwie między sesjami. W nich też, jak sama nazwa wskazuje, ważna jest melodia. Powodzenia z wsłuchiwaniem się w akompaniament, kiedy szef postanowi zapodać najlepsze hity Tiny Turner na pół regulatora.

W temacie gier wieloosobowych czasu rzeczywistego, uważam, że nie muszę wiele tłumaczyć. Podczas rundy w League of Legends czy Defense of the Ancients nie da się odejść od klawiatury przez minimum pół godziny od rozpoczęcia partyjki. W Hearthstone mamy ograniczony czas na turę, a nigdy nie wiadomo, kiedy wyrobimy się z robotą i będziemy mogli ponownie wykonać ruch. W Tibii da się wylogować tylko w konkretnych miejscach, inaczej zostaniemy zabici, stracimy kilka poziomów doświadczenia i część ekwipunku. Et cetera, et cetera.

Nie polecam również gier, w których pierwszorzędną rolę odgrywa fabuła lub posiadają specyficzny klimat. Powód jest prosty: w pracy nigdy nie wczujecie się tak, jak w domu. Odtwarzanie historii asasynów na kanapie, przy kubku gorącej kawy, uważam za dużo przyjemniejsze doznanie. W robocie, po ukończeniu gry, nie zostaje w głowie prawie nic z opowiedzianej historii. Przy rozgrywce co-chwilę-przerywanej nie ma tego dreszczyku czy utożsamienia się z bohaterem. Uwierzcie, wiem, co mówię. Próbowałem w swoim sklepie przejść Lone Survivor, gdzie praktycznie wszystko co dobre, opiera się na klimacie i historii. Skończyło się to oczywiście całkowitą porażką – ktoś mi przerywał dosłownie co minutę, a w ciągu całego dnia zdążyłem pograć może z 10 minut. Nie poczułem żadnej radości płynącej z gry, nie wspominając o całej towarzyszącej jej otoczce.

Screen z Lone Survivor

To wszystko jest tylko wierzchołkiem góry lodowej – właściwie każdy tytuł powinien być osobno oceniany pod względem grywalności w pracy. Nie wymienię tutaj wszystkiego, gdyż zwyczajnie zanudziłbym was na śmierć, a tego nie chce nikt. W takim razie, co się nadaje?

Dobra wiadomość dla miłośników przenośnych konsolek Nintendo – niemal każdy tytuł przeznaczony na produkty japońskiego giganta idealnie nadaje się do krótkich sesji między klientami. Nie trzeba wcale daleko szukać, bo za przykład możemy podać chociażby serię Super Mario Bros. Kieszonkowe „Mariany” to zazwyczaj proste platformówki, gdzie nasze zadanie ogranicza się do przemierzania kolejnych plansz w celu pokonania złego Bowsera i uratowania księżniczki. Są to gry przyjemne, lekkie i spełniają wszystkie wymagane kryteria. Historia nie jest tu pierwszoplanową sprawą, a pauzujemy kiedy chcemy, bez przykrych konsekwencji. Podobnie sprawa ma się w przypadku przygód Linka, Kirby’ego czy w grach Pokemon.

Sony także wypada w tym temacie bardzo dobrze. PSP było moim najdłuższym partnerem za ladą. LocoRoco, Assassin’s Creed Bloodlines, Crash of the Titans, Buzz!, God of War… Długo by wymieniać. Obsługa gier z pierwszego PlayStation oraz mini gierki z serii “minis” dodatkowo wzbogacają gamę pozycji nadających się do ogrywania podczas przerwy w pracy. Vitę posiadam od miesiąca, ale w tym czasie zdążyłem już ograć na niej dwie gry z serii LEGO. Są to pozycje odpowiednie z podobnych względów, jak te ze stajni Nintendo. Szerokim łukiem omijam natomiast Uncharted: Golden Abyss czy Assassin’s Creed III: Liberation. Zostawiam je na rok akademicki, kiedy to po zajęciach będę mógł rozłożyć się na kanapie i zagłębić w historię. Jeśli jakiś klient przerwałby mi oglądanie klimatycznej cutscenki, zdenerwowałbym się. A po co? Sama harówka dostarcza i tak już zdecydowanie za dużą dawkę stresu.

Nie sposób nie wspomnieć tutaj o grach na urządzenia mobilne. Znam wiele osób, które mimo iż graczami nie są, w momentach nieobecności szefa sięgają po smartfona i zatapiają się w któryś z szerokiej gamy tytułów. Te są zazwyczaj przygotowywane specjalnie pod spartańskie warunki rozgrywki, przez co godne polecenia jest niemal wszystko – od Plants vs Zombies, do Hill Climb, Sapera, Final Fantasy, Pasjansa czy czegoś z serii Logo Quiz. Z wiadomych przyczyn wyjątkami w regule są klony Flappy Bird czy gry sportowe, np. najnowsza FIFA 14 na produkty z systemem Android. Po dłuższej przerwie można zapomnieć, w którym momencie akcji jesteśmy czy nawet przeciwko komu gramy. Przy rozkojarzeniu i konieczności podziału uwagi skuteczność spada do minimum. A to frustruje.

Screen z FIFA 14

Całość moich wypocin koncentruje się na punkcie widzenia nadmorskiego sprzedawcy pamiątek. Ciekaw jestem, jak to wygląda w innych zawodach. Co wybieracie, jeśli również macie możliwość grania w pracy? Zapraszam do przedstawiania w komentarzach swoich typów, zarówno tych dobrych, jak i złych.

Zdjęcie w miniaturze – MachineLaw (Own work) [CC-BY-SA-3.0], via Wikimedia Commons

Na co dzień student wychowania fizycznego, w wakacje sprzedawca w sklepiku z pamiątkami. Pełnoetatowy gracz i kolekcjoner. Wielki fan retro oraz konsol, w szczególności tych kieszonkowych. Nie czuje się dziennikarzem z powołania, jednak lubi luźno przelewać swoje myśli na papier.
  • Viperek

    Dlatego ja zawsze, jak do kogoś idę to biorę ze sobą Xboxa…

  • WaLeT

    Pracując w sklepie o nazwie kończącej się na Markt, nie ma mowy o graniu. A szkoda ;(

    • Waszan

      naprawdę? ja kiedyś widziałem jak w sklepie zaczynajacym się na media dwóch pracowników grało se w killzona 3 na movie pewnie zależy od sklepu

Lost Password

Zaloguj się na arhn.eu