Batman: Arkham Knight – recenzja

Ta recenzja powinna się ukazać już dawno, dawno temu. Rycerza Arkham zakupiłem w dniu premiery, ale pech chciał, że wybrałem wersję pecetową, o problemach której słyszał już chyba każdy. Samo narzekanie ludzi wzbudzało we mnie niechęć do odpalenia gry i ciągle odsuwałem od siebie ten dramatyczny moment. Aż w końcu już nie było żadnych argumentów za kolejnym odłożeniem tytułu na bok, więc wziąłem się w garść i włączyłem nowe przygody Batmana, i nawet je (prawie) ukończyłem*.

Na początku miejmy za sobą od razu to, co chyba interesuje każdego, żeby potem ze spokojnym sumieniem zająć się już tylko samą grą. Zatem na ile był to spartaczony port gry? W zasadzie na mniej niż mogłoby się wydawać z burzy przechodzącej przez kolejne serwisy branżowe. Jeśli spełniło się rekomendowane wymagania sprzętowe, nie grało po dwanaście godzin dziennie i ustawiło suwaki graficzne na te proponowane przez producentów, to przez większość czasu nie da się odczuć żadnego dyskomfortu. Piszę “większość”, gdyż tak od 3/4 gry, gdy przemieszczałem się szybko po całym dostępnym terenie Gotham, a wszędzie otaczały mnie efekty cząsteczkowe, zaczęły mi dokuczać przycinki. Im bliżej byłem finału historii o Batmanie, tym stawały się one coraz większe, i to niezależnie od tego ile minut grałem cięgiem, a wyłącznie od postępów fabuły. Jednak gwoli ścisłości nie dotrzymałem wszystkich zaleceń Rocksteady i przestawiłem rozdzielczość z 720p na 1080p, co również mogło być powodem moich problemów. Nie uniknąłem też spotkań trzeciego stopnia z bugami, jednak ciężko mi zawyrokować czy są one tylko częścią wersji PC, czy można je odczuć na każdej platformie, bo wraca chociażby błąd z poprzednich części serii, gdzie peleryna bohatera przejawiała chęć do bycia zupełnie osobnym bytem. Dość już jednak o tych technikaliach, bo powyższe problemy w zasadzie nie przeszkodziły mi w zapoznawaniu się z tytułem.

Screen z gry Batman: Arkham Knight

Fabuła Arkham Knighta zaczyna się tam, gdzie skończyła się historia z poprzedniej odsłony serii od studia Rocksteady. Tyle na pewno wystarczy weteranom trylogii, by wiedzieć, czego się mają spodziewać, za to zupełnych nowicjuszy w uniwersum Batmana czeka kilka zaskoczeń, które nie znajdą żadnego wyjaśnienia. Trochę uwiera brak chociażby opisowego wprowadzenia w postaci animacji lub wpisu do dziennika gry. Sytuację częściowo ratują biografie spotykanych postaci, gdzie są zaszyte pośrednio ważne informacje. Na szczęście odblokowuje się je w mniej więcej odpowiednich momentach fabuły, więc przynajmniej na tyle można zapoznać się z historią gacka.

Bez dalszego zbędnego czarowania, po finale Arkham City Gotham zostaje zaatakowane przez Stracha na Wróble. Postarano się o zagranie możliwościami, jakie daje taki wybór antagonisty, zatem powracają znane z pierwszej części serii epizody oparte na halucynacjach i lękach Batmana. Dla mnie to wielki plus, ponieważ pozwala to wyrwać się z oklepanych schematów gier AAA, które od dawna są tłuczone przez gigantów branży i dorzucić coś świeżego. Szkoda tylko, że ten ogromny potencjał nie został wykorzystany w pełni i ostatecznie główna linia fabularna jest diabelnie prosta. Próbą zmiany jej interpretacji okazał się jedynie sam finał, ale według mnie to tylko chęć przerobienia banalnego dzieła w ambitne przy pomocy jednej sceny, a to o wiele za mało.

Twórcy mają zdecydowanie problem z budowaniem dobrych postaci z krwi i kości. W całej grze raptem dwie osoby potrafiły mnie kupić swoim zachowaniem, z czego jedna to protagonista, a druga jest jego zmyślonym przyjacielem. Pozostałe role w historii zostały rozpisane bardzo słabo. Towarzysze Batmana służą głównie do tego, żeby brać udział w walkach w duecie z bohaterem, a pod koniec misji pobocznej dać się złapać, zmuszając nas do biegnięcia im na ratunek. Apogeum tego podejścia widać przy Catwoman, która w Arkham City była bohaterką równie istotną co sam Batman, a tu jej rolą jest czekanie na kolejne wolne moce przerobowe gacka, żeby mógł jej pomóc rozwiązać kolejną zagadkę aż do uratowania jej ze śmiertelnej pułapki. Niewiele lepiej jest z przeciwnikami. Niby głównym oponentem, dążącym do zagazowania toksyną strachu całego Gotham jest wspomniany już Strach na Wróble, ale poza samym finałem gry nie udało mi się tego odczuć, bo ciągle przed niego wysuwany był Arkham Knight. Nie ma nawet co wspominać o przeciwnikach z misji pobocznych. Mają oni tylko jedno zadanie – złapać towarzyszy Batmana i doprowadzić do ostatecznej potyczki, co zamyka całe koło.

Screen z gry Batman: Arkham Knight

Specjalnie w powyższym akapicie pominąłem rolę Wyroczni (ang. Oracle) i tytułowego Rycerza Arkham. Z nimi wiążę trochę inne zarzuty niż tylko jednowymiarowość i pewną bezużyteczność. Wszystko wręcz rozbija się o znajomość animacji i komiksów o Batmanie. Jeśli ktoś kojarzy przynajmniej pewien obowiązkowy elementarz historii, to zapewne poczuje na tyle silną więź z Wyrocznią, aby przeżywać emocje bohatera, które towarzyszą przy jej wątku w fabule. W innym przypadku będzie to tylko kolejny problem do rozwiązania na liście, gdzieś między zagadkami E. Nigmy, a niszczeniem kolejnych patroli Arkham Knighta. Jeśli już o nim mowa, to z nim sprawy mają się dokładnie na odwrót względem Barbary Gordon, ta sama znajomość pozagrowego uniwersum Batmana pozwoli określić jego tożsamość już po pierwszym spotkaniu, mimo że twórcy próbują ją ukrywać prawie do samego finału. Gwoli ścisłości i tak pozostawiają oni tyle podpowiedzi po drodze, że ciężko się nie domyślić, do czego zmierza cała historia.

Spoglądam na te kolejne linijki tekstu, które spłodziłem powyżej i wychodzi mi na to, że większość moich dylematów związanych z tą produkcją dotyczy jej fabuły. Nie ma w tym raczej nic dziwnego, ponieważ sama rozgrywka nie zawodzi. Wzięto wszystko co najlepsze z poprzednich części trylogii i podkręcono do potęgi, dodając kilka nowinek. Nawet misje poboczne opierające się na niszczeniu kolejnych punktów oporu Rycerza Arkham postarano się urozmaicić poprzez dorzucanie coraz większych utrudnień, na pierwszy rzut oka wręcz niemożliwych do wykonania, dopóki nie zacznie się myśleć nieszablonowo. Do tego jeszcze są misje poboczne, kończące się zwykle wspomnianym już ratowaniem towarzyszy, ale o wiele bardziej istotny jest sposób dojścia do ich finału. Nie braknie tu śledzenia ciężarówek z bronią, łapania rabusiów w bankach czy szalonych pościgów ulicami Gotham. Oczywiście powraca też fantastyczny system walki, który został rozbudowany o kolejne animacje i w którym zmieniono trochę ciosy specjalne, ładowane paskiem nieprzerywanej serii uderzeń.

Screen z gry Batman: Arkham Knight

Od premiery Arkham City marzyło mi się, aby Gotham było zaludnione nie tylko przez bandy zbirów, ale także przez zwykłych mieszkańców, bym miał wreszcie jakiś powód do zejścia na ziemię, zamiast ciągłego szybowania nad dachami budynków. W pewnym sensie autorzy wysłuchali moich cichych próśb i sprowadzili mnie na poziom ulic, wprowadzając do zabawy Batmobil. Obawiałem się go, bo niby co można robić bojowo-wyścigowym wozem na opustoszałych ulicach, ale jednak znalazło się dla niego zastosowanie. Wrogowie zaczęli korzystać z czołgów, by trzymać w szachu kolejne sektory miast, E. Nigma wprowadził do szeregu swoich zagadek tory wyścigowe, a i wyciągarka samochodowa nieraz znalazła swoje zastosowanie. To wszystko to same pozytywy, bo dały możliwość na rozszerzenie palety misji już przeze mnie wspomnianych.

Pomimo tak wielu różnych opcji zabawy, z czasem zaczęło się do niej wkradać znużenie, bo Gotham wciąż jest wymarłym miastem. Brakuje emocji poruszania się pomiędzy zwykłymi ludźmi, których można by ratować, albo unikania zderzeń z cywilnymi samochodami. Jeśli już napotkamy jakiś pojazd i ten akurat nie jest czołgiem, to będzie to zapewne radiowóz, lub ekipa bandziorów uciekających przed gackiem. Wszystko to prowadzi do tego, że znów najlepiej poruszać się na własnych skrzydłach, szukając kolejnych ofiar i doceniając smaczki przygotowane przez autorów właśnie wśród dachów miasta.

Batman Arkham Knight nie jest grą złą, nie jest też grą, którą chciałbym zabrać ze sobą na bezludną wyspę. Po poprzednich dwóch częściach serii (nie liczę tutaj Arkham Origins) miałem bardzo pobudzony apetyt i nadzieję, że dobra passa Rocksteady zostanie utrzymana. Niestety autorzy nie przeskoczyli poprzeczki, którą sami sobie zawiesili, dając graczom tylko trochę bardziej rozbudowane Arkham City z mniej ciekawą fabułą.

* W momencie, gdy kończyłem grę, natrafiłem na buga, który nie pozwolił mi odpalić finałowego filmiku. Chciałem to złożyć na karb wersji pecetowej, ale po krótkim śledztwie znalazłem informację, że to samo przytrafiało się ludziom grającym na PS4. Czyżby twórcom zabrakło czasu na o wiele więcej rzeczy niż tylko dobrą optymalizację wersji komputerowej?

Lost Password

Zaloguj się na arhn.eu