Podziel się tym postem

Publicystyka

Jak pokochałem Japonię w 10 dni

Jak pokochałem Japonię w 10 dni

Na miesiąc przed 27. urodzinami spełniłem jedno ze swoich marzeń – wybrałem się w podróż do Japonii.

Jak przystało na fana japońskich klimatów, poza grami, zwłaszcza w czasach licealnych, lwią część wolnego czasu skradały mi japońskie komiksy i animacje. Poza oczywistym ładunkiem artystycznym, w pamięci szczególnie zapadł mi obraz Japonii tam serwowany. Z czasem oczywiście zacząłem go przepuszczać przez czysto zdroworozsądkowy filtr. W końcu – hej, manga i anime to ich towar eksportowy. Raczej oczywiste, że będą chcieli pokazać swój kraj i kulturę w jak najlepszym świetle i trudno się temu dziwić. Nostalgia to jednak potężna broń. Po niemal 10 latach od tamtych czasów mogłem skonfrontować ówczesne wyobrażenia z rzeczywistością.

Doznałem szoku. Nie dlatego, że rzeczywistość okazała się zupełnie inna, ale stąd, że utarty frazes “oczekiwania kontra rzeczywistość” mogłem wyrzucić do śmietnika.

Po lądowaniu na lotnisku Narita i zakupie biletu na pociąg, udałem się niezwłoczne w drogę do miejsca mojego tymczasowego pobytu. Przy okazji zacząłem się przekonywać, że skutki tzw. jetlaga są mocno przesadzone. Zwyczajnie go nie odczułem, choć tłumaczę to swoim podekscytowaniem daleką podróżą. Mniej więcej w półtorej godziny od przylotu i ogarnięciu wszystkich lotniskowych formalności, mogłem wygodnie usiąść w jednym
z wagonów Narita Express i już oficjalnie rozpocząć wakacje. Droga do Tokio i okolic zajmuje do około godziny, stąd miałem nieco czasu by pozbierać myśli. Wtedy też dotarło do mnie, co się stało. Jestem w Japonii. Za oknem zaczęły przewijać się piękne, zalesione góry i położne u ich podnóży niewielkie domostwa z charakterystycznymi spadzistymi dachami. Prezentowały się niezwykle wręcz malowniczo. Bił od nich niesamowity spokój, a ja zanim się zorientowałem miałem łzy w oczach. To niesamowite uczucie spełniać marzenia.

To co wyróżnia Japonię na tle innych krajów to niezwykle rozwinięta infrastruktura publiczna. I samodyscyplina.

Jeszcze przed wyjazdem postanowiłem sobie, że każdego dnia z samego rana będę udawał się w pociągiem w inne miejsce będące w rozsądnym zasięgu. Nie byłem członkiem żadnej zorganizowanej wycieczki, gdyż zależało mi na maksymalnym możliwym wejściu w meandry codziennego życia w KKW. Wysoko rozwinięta sieć kolei w Japonii to zdecydowanie najlepszy środek transportu i na moment się przy nich zatrzymajmy, bo to zarazem rewelacyjny przykład ich słynnej organizacji.

Widać to w szczególności na peronach. Na wszystkich stacjach, po których się przemieszczałem peron był dokładnie tej samej długości, co nadjeżdżający pociąg. W ten sposób Japończycy mogą łatwo oznaczyć, w którym miejscu otworzą się drzwi do określonego numeru wagonu. To jednak nie koniec elementów tego systemu. Oznaczenie miejsca otwarcia drzwi służy jednocześnie jako komunikat, że w tym miejscu przemieszczać się będą wysiadający, natomiast zaraz obok na ziemi ustawione są dodatkowe oznaczenia, wzdłuż których ludzie ustawiają się w kolejce, by móc potem wsiąść do pociągu. Tak, w kolejce, gęsiego, bez wyjątków. Dopiero gdy wszyscy wysiadający opuszczą wagony, ludzie ustawieni w kolejkach po bokach wchodzą do pociągu.

Przy schodach ruchomych jest podobnie. Jeszcze na poziomie platform, do schodów ruchomych ustawia się dwupasmowa kolejka (po lewej stronie schodów wjeżdżają osoby, którym się nie spieszy, a po prawej ludzie, którym zależy na czasie). Te z pozoru drobne niuanse są na wagę złota, gdyż bardzo duża część japońskiego społeczeństwa korzysta właśnie za transportu publicznego. Kolej w Japonii jest najpewniejszym, względnie najwygodniejszym i przede wszystkim gwarantem punktualnego dotarcia do szkoły czy pracy. Dodatkowo sami Japończycy starają się, by codzienna podróż odbywała się bez najmniejszych zakłóceń. Wszystkie wagony są klimatyzowane, a współpasażerowie robią wszystko, by sobie na wzajem nie przeszkadzać. Najczęściej po prostu spędzają podróż zapatrzeni w swoje smartfony. Gdy podczas swojego pobytu dotarłem po raz pierwszy do Tokio i wspólnie z zaprogramowanym wręcz tłumem wyszedłem ze stacji, mocno uderzyła mnie kolejna rzecz.

Nie wiemy nic o pojęciach kapitalizmu i konsumpcjonizmu. Chodzi tu w szczególności o Tokio, ale w pewnym stopniu dotyczy i mniejszych miast.

Prym wiodą tu tokijskie dzielnice Akihabara oraz Shibuya. Prawdopodobnie są i bardziej zakręcone miejsca, choć w przypadku tego tekstu musicie zdać się na mój dość skromny zakres obserwacji. Dotarłem do dzielnicy Akihabara, małej stolicy wszystkiego, co związane z mangą, anime i grami wideo. Nie pamiętam kiedy ostatni raz mój mózg był wystawiony na taką ilość bodźców. Wielkie bannery reklamowe otaczające mnie z każdej strony były zaledwie początkiem, gdyż budynki, które rozświetlały skrywały kilkupiętrowe, wielkopowierzchniowe sklepy z najbardziej nerdowskim zaopatrzeniem, jakie można znaleźć na tej planecie (tak, 18+ także). Już po obejściu trzech zaczynały lekko boleć mnie nogi. Gdy wychodziłem z jednego, zaraz obok wyrastał drugi, że o piętrowych salonach gier nie wspomnę. W tym gąszczu regałów z towarami niejednokrotnie zdarzało się, że każdy wygrywał inną muzyczkę, reklamującą dany produkt. Możecie sobie wyobrazić tę makakofonię. Za to kultura obsługi klienta w Japonii, to wręcz temat na osobny artykuł. W „zwykłym” sklepie z grami, przy zapłaceniu za towar, każdy sprzedawca kłaniał mi się w pas. Potrzebowałem około dwóch dni, by się do tego przyzwyczaić.

Jest natomiast jedna szczególnie świetna rzecz, jeśli chodzi o handel w Japonii – stacjonarne sklepy z używaną elektroniką, grami etc. Ze sprzętem w bardzo dobrym stanie, w rozsądnych cenach i nierzadko ponownie zafoliowanym. To prawdziwa gratka dla kolekcjonerów i fanów retro, gdyż oldschoolowych gier i starszych konsol jest tu na pęczki. Wróciłem bogatszy o kilka płyt CD i gier, z czego te drugie kosztowały średnio po 8 zł/sztuka. Jestem za to szczególnie szczęśliwy z dorwania trzech płyt muzyką Yoko Kanno.

Jeden dzień poświęciłem także dzielnicy Shibuya, czyli japońskiej stolicy stylu i wszystkiego, co aktualnie w modzie. Jednocześnie to ona wydawała mi się najbardziej zachodnia ze wszystkich zakątków Tokio, jakie udało mi się zwiedzić. I to nie tylko ze względu na całkiem sporą liczbę turystów. Szybko w oczy rzucił mi się lokalny Mcdonalds czy popularne, także u nas, odzieżowe sieciówki, z H&M i Zarą na czele. Momentem, który idealnie zdefiniował dla mnie to miejsce, był widok tradycyjnych kobiecych kimon, starannie wyeksponowanych za przeszkloną ścianą jednej z okolicznych galerii handlowych. Jednocześnie nie było w tym choćby krzty kiczu. Ba, dało się odczuć niesamowitą harmonię między tradycyjną, konserwatywną kulturą, a żarłocznym kapitalizmem. Dodatkowo obecność wielu knajpek, pubów i klubów sprawia, że Shibuya wieczorem staje się centrum nocnego życia w Tokio. Dla mnie wręcz centrum świata.

To jedzenie!

A propos knajpek. Każdego dnia, w przerwie od intensywnego zwiedzania, trzeba było się solidnie posilić. Jeszcze przed wyjazdem żartowałem sobie ze znajomymi, że japońska kuchnia to główny cel mojej podróży. No i cóż, nawet jeśli z początku nie był, po przyjeździe stał się właśnie jednym z głównych. Spokojnie, oszczędzę Wam truizmów jednak potwierdzę, że Ramen jest niesamowicie smacznym, energetycznym i kalorycznym daniem, za to wszystkie potrawy z ryb, w szczególności te podawane na surowo, są niesamowicie aksamitne w smaku. Przyznam, że dla Europejczyka jest to naprawdę ciekawe doświadczenie. Nawet przy „zwykłym” sushi. Te smakuje zdecydowanie inaczej niż u nas i jest przede wszystkim znacznie tańsze!

Jeśli chodzi o wszystkie lokale gastronomiczne, podobnie jak w przypadku sklepów, w pamięci zapadło mi szczególnie naprawdę rewelacyjne podejście do klienta. Na wejściu zawsze byłem witany głośnym, radosnym przywitaniem i prowadzony na miejsce, gdzie mogłem usiąść. Nawet jeśli to dla nich czysta rutyna, ani razu nie wydawało się wymuszone lub powiedziane ot tak. Zauważyłem także jeszcze jedną ciekawą rzecz. W wielu miejscach, w których jadałem, kucharze mieli ułatwiony wgląd na salę. Ze swojego miejsca pracy mogli łatwo ocenić, kto wchodzi i wychodzi. Stąd też niejednokrotnie, gdy szykowałem się do wyjścia po skończonym posiłku, kucharze niejednokrotnie, na cały werbalny regulator, dziękowali za odwiedzenie ich knajpki.

Małe miasteczka w Japonii to miejsca wręcz magiczne. Ten spokój jest nieporównywalny z niczym innym.

Pod koniec swojego pobytu w Japonii, postanowiłem odpocząć co nieco od zgiełku metropolii. Wodząc palcem po wirtualnej mapie, mój wybór padł na otoczone górami miasteczko, położone nad niewielkim jeziorem o wdzięcznej nazwie Sagamiko. Już po opuszczeniu stacji, kontrast bił po oczach. Cisza i spokój. Na zewnątrz praktycznie żywego ducha. Byłem tylko ja i urokliwe, małe uliczki i charakterystyczne, niewielkie domostwa. Kupiłem butelkę wody w pobliskim automacie i ruszyłem w stronę jeziora. Wyglądało na to, że trochę się spóźniłem, gdyż dekoracje w parku nad wodą wyraźnie sugerowały, że niedawno zakończyła się jedna z lokalnych imprez. Ale może to i lepiej? W końcu szukałem nieco spokoju i w Sagamiko udało mi się go znaleźć. Usiadłem sobie nad brzegiem jeziora i na 10 minut wyłączyłem smartfona. Bycie offline jeszcze nigdy nie było tak przyjemne.

Niedługo później, gdy przechadzałem się wzdłuż jeziora, przykułem uwagę pewnego starszego Japończyka. Bardzo miły starszy pan, prawdopodobnie już na emeryturze, postanowił dowiedzieć się, cóż za gość przybył w ich strony. Wyjątkowo mnie to zaskoczyło, gdyż to mimo wszystko naród introwertyków. W każdym razie mój sympatyczny rozmówca serdecznie mnie powitał i lekko łamanym angielskim postanowił dowiedzieć się, skąd pochodzę i dlaczego tu przyjechałem. Kojarzył Polskę i był bardzo szczęśliwy, że ktoś obrał jego mieścinę, jako jeden z celów wakacyjnych podróży. Zaprosił mnie nawet nad zamknięty dla innych brzeg jeziora i opowiedział jeszcze trochę o swoim mieście i okolicach. Wydawał się naprawdę szczęśliwy mogąc opowiedzieć komuś o swoich rodzinnych stronach. Najpiękniejszy przejaw lokalnego patriotyzmu, z jakim można mieć styczność.

Nie ma dnia, kiedy myślami nie wracałbym do Japonii. Tęsknię niesamowicie.

W ostatni dzień wakacji, gdy zmierzałem z powrotem na lotnisko, przynajmniej kilka razy przeszło mi przez głowę czy nie zawrócić. Rozsądek naturalnie wziął górę, jednak postanowiłem, że na pewno do Japonii wrócę. Nawet jeśli będzie to po prostu kolejny wakacyjny wyjazd. Mimo tego, że praktycznie każdy dzień miałem zagospodarowany od rana do wieczora, czeka na mnie jeszcze naprawdę sporo miejsc. Może następnym razem wybiorę się na południe, w rejony Kumamoto? A może północ i okolice Sapporo? Tęsknię, to fakt, ale jednocześnie niesamowicie naładowałem akumulatory. Mam nadzieję, że kolejnym razem również spontanicznie się wzruszę i jeszcze bardziej poszerzę kolekcję niesamowitych wspomnień. Swoją drogą: wiecie, co czuje człowiek wkrótce po spełnieniu jednego ze swoich marzeń? Niedosyt.

PS. Adrian, chciałbym Ci jeszcze raz serdecznie podziękować za Twoją pomoc. Bez tego mój wyjazd nie byłby możliwy. Mam nadzieję, że do zobaczenia wkrótce!

Zostaw odpowiedź

Konkurs: Komentarz Miesiąca!
Zostaw komentarz pod dowolnym postem arhn.eu i weź udział w konkursie! Najlepszy komentarz lipca nagrodzony zostanie kartą do przechwytywania obrazu Live Gamer Portable Lite ufundowaną przez firmę AverMedia!
[Szczegóły i regulamin konkursu.]

Twój adres email nie zostanie upubliczniony. Wymagane pola oznaczone są *

Dozwolone są te tagi HTML i atrybuty: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>