fbpx

Chcesz? Bo jak nie, to wyrzucam.

Temat zawiera 3 odpowiedzi, i ma 2 odpowiedzi, ostatnio zaktualizowany przez  Radwan 1 miesiąc, 1 tydzień temu.

Oglądasz 4 wpisy - 1 z 4 (wszystkich: 4)
  • Autor
    Wpisy
  • #35777

    Radwan
    Uczestnik

    (Tak, wiem że tekst ten tak bardzo mija się z tematyką strony, ale nie chcę aby owoc paru godzin luzu w pracy gdzieś przepadł. Wybaczcie.)

    Syndrom chomika. Jeśli miałbym wskazać chorobę, która objawiła się we mnie jako pierwsza, byłby nią na pewno syndrom chomika. Nie ważne co, nie ważne gdzie – wszystko musiało być magazynowane. W każdym zakamarku mojego pokoju, w każdym kącie biurka. Byle gdzie, byle tylko poza zasięgiem wzroku rodziców. Wysiłek wkładany w ukrywanie fantów przed starszyzną szedł najczęściej jak krew w piach i często musiałem stawać przed zdegustowaną Mamą gęsto perswadując  jej, czemu folie aluminiowe z tabliczek czekolady są mi aż tak niezbędne do normalnego funkcjonowania i czemu za żadne skarby nie można ich po prostu wyrzucić tam, gdzie ich miejsce – do kosza. Kończyło się zazwyczaj tak samo – na nic zdawały się przekonania, że pieczołowicie rozpakowywałem każdą tabliczkę, byle nie naruszyć w żadnym miejscu folii, że książki wcale nie brudzą się, gdy między strony wrzucam kolejne, aluminiowe arkusze i że niektórzy suszą między stronicami liście, ja między nimi prasuję aluminium. Ambicje stworzenia największej na świecie kolekcji sreberka po czekoladzie szły do lamusa, kiedy pod groźbą kary na komputer wyrzucałem moje marzenia na wysypisko straconych szans na sukces. I tak było z praktycznie wszystkim – gadżetami z Kaczora Donalda, tazosami pokemonów z czipsów, puszkami wypitych napojów gazowanych, figurkami z Kinder Niespodzianek. Lecz mimo usilnych prób i starań rodziców, Nie dało się jednak wybić z głowy manii zbierania. Genów oszukać się nie da. Moja Babcia robiła ze swoich mebli składowiska gadżetów wątpliwie potrzebnych do życia i ktoś ten atrybut odziedziczyć musiał. Cóż, padło na mnie. I dopiero po prawie dwudziestu pięciu latach udało mi się w miarę ukierunkować i skupić chęć chomikowania na jednej rzeczy. Papierosach. A wszystko zaczęło się całkowicie niepozornie, chciałoby się powiedzieć dla zwiększenia uwagi. Prawda jest jednak taka, że prawie od samiuteńskiego początku wiedziałem, czym będzie grozić przyjęcie podarunku od starego znajomego. Ale po kolei.

    „Chcesz? Bo jak nie, to wyrzucam.” – tymi słowami powinienem chyba zatytułować ten wpis. Od nich kolega ze studiów, Jarek, rozpalił niegasnący płomień w moich oczach. Na wyciągniętej w moją stronę ręce wisiała hipermarketowska „zrywka”, a w niej opakowanie bezfiltrowych papierosów marki Żubr, oraz aż trzy paczuszki Żubr Lights. Nie wiem w jaki sposób znajomy wszedł w posiadanie aż czterech pełnych, zafoliowanych paczek papierosów brandowanych naszym narodowym kudłaczem z borów, ale nie to się liczyło. Stan praktycznie idealny. Akcyza wypluta przez drukarkę w 2002 roku. Cena na opakowaniu? Zatrważające 3 złote 20 groszy Polskich Nowych Złotych. Patrząc na nie, mój syndrom chomika zadął w róg obwieszczając niekończący się sezon łowiecki, w którym trofeami miały być właśnie papierosy. Ale żeby nie było za prosto, aby łowy były jakimś wyzwaniem, to moim celem nie były puste opakowania, a ni też paczki otwarte (mimo, że zarówno jedne i drugie znajdują się w kolekcji w pojedynczych sztukach). Nie, nałożyłem na mój zbieracki pysk dosyć solidny kaganiec, który nakazywał mi okazywanie posłuszeństwa w stosunku do zasady zbierania pełnych, nieotwartych paczek wraz z oryginalną zawartością. Tak więc ze wzruszeniem ramion potwierdziłem Jarkowi moją chęć wejścia w posiadanie plastikowej siatki wraz z zawartością i podziękowałem, z ucałowaniem ręki. Dobra, bez ucałowania, gdyż do dzisiaj nie wiem gdzie Jarek się szlaja w swoim czasie wolnym. Ale grabę uścisnąłem.

    Ale chwila. Wspomniałem, że otrzymałem aż cztery paczki, a na zdjęciach widać tylko dwie. Cóż więc podziało się z resztą mojego pierwotnego dorobku? Musisz widzieć, że jestem osobą niesamowicie szczodrą. Jestem z zasady osobą skromną, jednakże nie mogę oszukiwać nikogo dookoła zaprzeczając faktowi, że dobroć mego serca skąpanego w czystym złocie nie ma sobie równych. Moja kochana Mama zachowała część mojej garderoby z dzieciństwa i wszakże wspominała coś o tym, że przyoszczędzi się w ten sposób na ciuchy dla mojego potomka, bo „bieda z nędzą”, aczkolwiek w głębi duszy wiem, że tak naprawdę trzyma je aby po moim odejściu skrawki ubrań stały się relikwiami upamiętniającymi moją empatię do bliźnich. Pewnie myślisz teraz, że stworzyłem cztery fundacje charytatywne, nawołuję do rozdawnictwa swych majątków wszystkich krajowych oligarchów, zaś sam dylam w sandałach z lekko nieprzytomnym spojrzeniem. Otóż nie! Nic z tych rzeczy. W jaki sposób objawia się więc moja szczodrość? Chociażby w taki, że dwie paczki Żubrów Lightsów oddałem moim kolegom na stancji. I nie chciałem za to pieniędzy! Widząc cztery opakowania papierosów, z czego trzy były identyczne, doszedłem do przełomowego odkrycia, że wcale dwóch z tych powtarzających się nie potrzebuję, więc nie tracąc czasu odłożyłem w bezpieczne miejsce po jednej paczce czerwonych i białych, po czym stanąłem naprzeciwko moim dwóm współlokatorom.

    Byli nimi Kuba, garażowy perkusista zafascynowany wirtuozerią napieprzania w gary w rytm dowolnej piosenki z repertuaru Slipknota, oraz Miłosz, mój najlepszy przyjaciel, biologiczny ojciec mojego chrześniaka, do którego jeszcze kiedyś wrócę na dłużej. Po zebraniu się w naszym pomieszczeniu spotkań, czyli w kuchni, wręczyłem po paczce Żubrów Lightsów każdemu z nich. Jak zareagowali? Kuba, jako zbieracz pustych paczek papierosów z różnych zakątków świata, podrapał się z uznaniem po trzech kłakach wyrastających mu z żuchwy, które dumnie nazywał „brodą”, po czym starannie ułożył paczkę na półce w swojej klitce, otoczywszy ją szczególną troską, aby miękkie opakowanie, którym zabezpieczone były papierosy, nie uległo przypadkowemu zniszczeniu. Ukłoniwszy się w pasie wycofał się do swojej światłonieprzepuszczającej nory, by oddać się w samotności swojemu hobby – symulatorowi pociągów. A Miłosz? Rozszerzył oczy, rozchylił nieznacznie usta, wydukał „O kurde, dzięki stary!”, po czym nie tracąc czasu… otworzył paczkę i zapalił papierosa. Poklepałem się w duszy po ramieniu gratulując sobie podjętej decyzji na widok mojego najlepszego kumpla palącego prawie zabytkowe Żubry. Ten, po trzech zaciągnięciach, określił doznanie które doświadczał niezbyt wyszukanym przymiotnikiem nawiązującym do męskich narządów rozrodczych, po czym spytał wyciągając w moją stronę otwartą paczkę: „Chcesz jednego?” Oczywiście, że wziąłem. Oczywiście, że dla celów naukowych. Oczywiście, że smakował paskudnie, ku zaskoczeniu nikogo. Chcesz wiedzieć, do czego można porównać palenie dziesięcioletniego papierosa? Do zaciągania się paloną kartką papieru. Po takim czasie w gwoździu nie ma nic. Wszystko jest wywietrzałe jak mój rozum decydujący o wyciągnięciu wspomnianego wcześniej papierosa z paczki. W ten oto sposób byłem świadkiem otworzenia i zapalenia jedynego papierosa, który (już nie) był w mojej kolekcji. Tamtego dnia postanowiłem sobie,  że jeśli mam zbierać papierosy na serio, to nie mogę pozwolić sobie na rozpakowywanie jakiejkolwiek z moich przyszłych pozycji. I postanowienie te trzymam do dzisiaj.

    I tak się zaczęła moja przygoda ze zbieractwem ukierunkowanym. Dwie (cztery, psia mać!), paczki w miękkim opakowaniu, kształtem wpadające w kwadrat wylały fundamenty pod sprowadzanie coraz to większej ilości wyrobów tytoniowych z różnych zakątków świata do domu, ku (o dziwo) zadowoleniu wszystkich! Niektóre nabyłem sam, niektóre otrzymałem od życzliwych mi osób. W każdym razie jest to temat na inne historie. Póki co odłożę moje Żubry z powrotem na miejsce i będę cicho trzymał kciuki za to, żeby ma Matula nie odnalazła gdzieś w piwnicy ostatniej książki zapełnionej sreberkami z przełomu tysiącleci. Uparcie wierzę w to, że jeszcze kiedyś zbije na nich fortunę!

     

    #35778

    Kondor
    Uczestnik

    Bardzo ciekawy wpis i dobrze się czytało. Chciałoby się zobaczyć więcej zdjęć kolekcji i poznać historię poszczególnych eksponatów 🙂

    #36025

    Radwan
    Uczestnik

    Jeśli miałbym wskazać okres największej laby po rozpoczęciu „dorosłego” życia, to bez wątpienia byłby to rok związany ze stażem w Starostwie Powiatowym w Wydziale Radców Prawnych. Dwa malutkie pokoje połączone ze sobą wiecznie otwartymi drzwiami. Dwie ekipy, a między nimi grzeczny studencik z ulizanymi jak sierść dachowca po myciu włosami. To ja. Dni płynęły leniwie, acz przyjemnie. Zakres obowiązków opierał się na wypisywaniu kopert do adresatów rzecznika do spraw konsumentów, pisania pism przedsądowych pod dyktando mecenasa Waldemara, czy nie pałętaniu się pod nogami osób, których harmonogram dnia opiewał na czynności bardziej ambitne, od notorycznego popijania herbaty.

    Pewny jesienny dzień przełamał w końcu rutynę pracy jako urzędnik w wersji demo. Kończyłem adresować kolejny generyczny list do oburzonego klienta, który zakupił sobie cichobiegi w lokalnym sklepie marki krzak za piętnaście złotych, po czym po paru dniach ze świętym oburzeniem przychodził do rzecznika drąc japę, że, niespodzianka, podeszwa się odkleiła. Stwierdziwszy, że te laczki są warte siedzenia pół godziny na korytarzu i pisania oficjalnego wniosku do mecenasa, konsument tygodnia odchodził z uśmiechem na ustach świadczącym o tym, że „Tera to im pokaża! Oddadzom pienionszki łachudry!” Niestety dla nich, procedura jest sztywna jak pranie na dworze w środku zimy – po krótkiej wymianie formalności ze sklepem, który oczywiście zwrócić pieniędzy nie zamierza, sprawa jest odsyłana do konsumenta z poinformowaniem o możliwości rozpoczęcia procesu przeciwko sprzedawcy. Ekscytujące, nieprawdaż? Wracając do meritum – muszę nawiązać jakoś do papierosów. Kierownik wydziału, mecenas Waldemar, stwierdził, że wybywa na festiwal piwa do naszych południowych sąsiadów. Jako rosły mężczyzna widać było, że kuflem złotego trunku nie gardzi, więc przez dwa tygodnie przed wyjazdem nie trajkotał o niczym innym jak o melanżu w ojczyźnie Krteka. Temat szybko mi zobojętniał i zacząłem puszczać podekscytowane słowa bezpośredniego przełożonego mimo uszu.

    Działo się tak do momentu, gdy temat nie zszedł w stronę używek i ich wątpliwie pozytywnego wpływu na zdrowie poczciwego rencisty Waldemara.  Nagle zaskoczyło. Zakleiłem kopertę, odłożyłem długopis i niewiele myśląc spytałem się mecenasa, czy ten nie jedzie przypadkiem do Czech za późno skojarzywszy, że jego wyjazd jest tematem numer jeden od parunastu dni. Ten spojrzał na mnie jakbym odmówił mu zaparzenia kawy i potwierdził. „A byłby pan na tyle miły i będąc tam, kupił mi jedną paczkę czeskich papierosów? Oczywiście koszta panu zwrócę!” Trybiki szybko przeskakiwały w głowie mecenasa oscylując między „będzie chciał ją spalić”, a „zbiera papierosy”? Zakładam, że finalnie doszedł do wniosku, że średnio go to obchodzi i odparł bez większych emocji, że nie ma problemu. Na scenę wkracza pan Mirek out of fucking nowhere. Myślałeś, że te wszystkie wypociny zmierzały w stronę czeskich papierosów? Pudło. O nich kiedy indziej. Kim jest pan Mirosław? Pan Mirek siedział w drugim bliźniaczym pokoju i nie był związany stricte z Zespołem Radców Prawnych. Miał jakieś stanowisko związane z kontrolą rzeczy na tyle nudnych, że nawet mi nie chce się przypominać czego się tyczyły. Wychylił głowę przez futrynę i patrząc na mnie przez swoje przyciemnione okulary spytał się, wyczuwając, dlaczego poprosiłem o przysługę mecenasa: „Zbierasz papierosy?” Miałem ułamek sekundy nad obraniem odpowiedniej odpowiedzi. Wszakże moim celem było zebranie pokaźnej kolekcji, jednakże oprócz dwóch paczek Żubrów, nie miałem w posiadaniu ani jednego opakowania. Setne sekundy płynęły jedna za drugą, zaś ja ważyłem w myślach słowa, których wypowiedzenie najprawdopodobniej miało zadecydować nad losami mojej kolekcji. Odpowiedź musiała być zważona, nieokraszona zbędnym, młodzieńczym podnieceniem, a tym bardziej obojętnością. Nie za długa, aby nie zmęczyć i znużyć mojego rozmówcę. Tembr głosu nie za niski, aby nie podbijać sztucznie powagi sytuacji, nie pozwalając sobie zarazem na pianie niczym władca kurnika o poranku. Spojrzałem wprost w niewiadomego koloru oczy pana Mirka i wydukałem suche: „Tak”. Mistrzostwo dyplomacji.

    Tak się składało, że pan Mirosław był szczęśliwym posiadaczem tematu tych słownych tortur, przez które właśnie przechodzisz. I będąc miłym facetem i zarazem spoko kolegą zza ściany postanowił przekazać mi drugą w chronologii pozycję w mojej kolekcji – klasyczne Marlboro z (jak sam podał pan Mirosław) okolic osiemdziesiątego piątego roku minionego stulecia. Stan idealny, kolekcjonerski. Zacisnąłem delikatnie palce wokół miękkiego opakowania bez żadnych hipokryzyjnych, smutnych jak gałka lodów na chodniku napisów o bogatej gamie chorób, czy równie bezsensownych zdjęciach przegniłych zębów. Nic, żadnych dziwactw. Format nieznacznie powiększonej (o około 3-4 milimetry), standardowej paczki papierosów. Zafoliowane, nieruszone, z charakterystyczną, niebieską kartką, która z biegiem lat zacznie ewoluować w banderolę. Oczy świeciły mi się jak nadzieja statystycznej głowy rodziny na wyjście z grupy reprezentacji w kopaną na dowolnej międzynarodowej imprezie. Ba, świecą mi się do dzisiaj. Pół dnia pytałem pana Mirosława w jaki sposób mogę mu się odwdzięczyć za taki prezent, lecz poczciwy chłopina nic nie chciał. Życzył mi, aby kolekcja rosła w siłę, po czym oddał się swoim obowiązkom służbowym.

    Machina zaczęła nabierać obrotów na poważnie. Trzecia paczka trafiła w me opiekuńcze ramiona. W tle rysowała się kolejna paczka, tym razem pierwsza zza granicy. Usiadłem w niepokojąco dobrym nastroju na swoim miejscu, oglądając prosty nadruk na nowej zdobyczy. Zastanawiając się po raz pierwszy w swej karierze zbieracza, gdzie powinienem ulokować te, jak i kolejne paczki papierosów. Widziałem, że dzięki samozaparciu i odrobinie szczęścia wraz z życzliwością osób takich jak pan Mirosław, uda mi się ciągle kolekcję powiększać. Stałem się sam dla siebie kołczem Majkiem. Tytoniowym Piotrem Blandfordem. Korposzczurem szczutym przez własny syndrom chomika. A to był wciąż początek zbieractwa.

    #37436

    Radwan
    Uczestnik

    Życie kolekcjonera to bezustanna hiperbola chęci posiadania coraz to większej i bogatszej kolekcji. Zaczyna się niewinnie, od wychwytywania okazji na łatwe położenie rączek na interesującym przedmiocie, jednakże z biegiem czasu zachowanie te ewoluuje i jeśli nie ma się odpowiedniego samozaparcia, to łatwo można popaść w manię wydawania pieniędzy bez większego przemyślenia inwestycji. Dobrym przykładem jest nasz rodzimy rynek, gdzie łatwą ręką można wydać parę tysięcy złotych na parę paczek papierosów z epoki PRL-u. Jeśli więc tak się składa, że należysz do związków zawodowych i chciałbyś udekorować swój gabinet w stylu gierkowskim paczuszką papierosów marki „Solidarność”, to przygotuj się na wydatek swojej całej, jednej pensji. Ja jeszcze do tego pułapu nie dobiłem. Mimo tego dzisiaj będę oscylował wokół rzeczy „drogich”. A dokładniej rzecz ujmując – „najdroższych”.

    Jak to zwykle bywa z przedmiotami o potencjale kolekcjonerskim, mają one marki, które są w danej dziedzinie najdroższe. Papierosy nie są wyjątkiem. Po wpisaniu w wyszukiwarkę pytania o papierosy, na które nie stać statystycznego Kowalskiego, wyskakują nam różne rankingi, gdzie w zależności od roku powstania zestawienia, widnieją różne firmy na różnych pozycjach. Jedna z nich jednak od lat niezmiennie plasuje się na miejscu pierwszym. Są nimi brytyjskie papierosy producenta The Chancellor Tobacco Company ukryte pod sarkastyczną nazwą „Treasurers”. „Skarbnica” może być nawiązaniem do ilości cierpliwości jaką człowiek musi dysponować aby nie zrezygnować w połowie z poszukiwań tych papierosów. Jeśli więc będziesz kiedyś zainteresowany spróbowaniem najdroższego papierosa produkowanego seryjnie, gdzie cena za jedną sztukę wynosi tyle, co cała paczka zwykłych gwoździ, to możesz odebrać ten tekst jak skrót przez męczarnie grzebania godzinami za strzępkami informacji w internetowej otchłani. Ale po kolei.

    Po wejściu na oficjalną stronę producenta można zobaczyć, że ma on w swojej ofercie wiele rodzajów papierosów. Slimy, klasyczne, w kwadratowym kartoniku. Mnie interesowały te na samym szczycie listy, czyli Treasurers Aluminium w trzech wariantach: Black, Gold i Silver w nietypowym, metalowym opakowaniu. Wszystko ładnie opisane, eleganckie zdjęcia na stronie. Tylko… jak je kupić? Ze strony internetowej się nie da. Na szczęście na pomoc przychodzi nam odnośnik „Where to buy”, po którego naciśnięciu zostajemy oddelegowani na mapę świata z paroma przypiętymi pinezkami. Cztery z nich znajdują się w Europie. Dwie w Wielkiej Brytanii i po jednej w Szwajcarii i Chorwacji. Problem w tym, że podane adresy wyglądają jakby ktoś zasłonił sobie oczy i na ślepo rzucał rzutkami w mapę. Po sprawdzeniu na Google Street View nachodzi zdziwienie, że ani jedna z lokalizacji nie przypomina w żaden sposób ani sklepu, ani biura producenta papierosów. Dla przykładu w Londynie jesteśmy oddelegowani do jakichś szeregowych domków, zaś na północy kraju do magazynu, który wyglądem przypomina słabo ukrytą fabrykę amfetaminy. Pofatygowałem się i nawet przeszedłem się wirtualnym, żółtym gościem po okolicy podanych lokalizacji. Nic. Moja ciekawość wraz z frustracją zaczęły rosnąć. Do pieca koksu dosypywał fakt, że informacji na temat tych papierosów jest bardzo mało. Na YouTubie ze świecą szukać jakichkolwiek materiałów. Owszem, na temat innych produktów tytoniowych pod szyldem „Treasurer” znajdzie się parę filmów, jednakże o aluminiowym pudle udało mi się wyszukać zaledwie jedną pozycję z 2017 roku. Widać na nim, że facet otwiera (o zgrozo) opakowanie złotych Skarbników mówiąc, że zakupił je kupę czasu temu. To zapaliło lampkę alarmową.

    „A może zostały wycofane ze sprzedaży? Może to była jakaś limitowana edycja puszczona przez trzy lata z rzędu, po czym zatrzymano linię produkcyjną?” Z myśli tych wybijały mnie rankingi, w których to właśnie aluminiowe opakowania były wspominane co rok jako te najdroższe PRODUKOWANE papierosy. Temat rodził się i wyciszał notorycznie aż w końcu postanowiłem zamknąć w końcu ten temat. Póki co dowiedziałem się jedynie że były dostępne w Niemczech parę lat temu na jakiś targach na wystawce i w sprzedaży gdzieś na początku tego tysiąclecia. A cena miała oscylować wokół (uwaga) 50 GBP (słownie – pięćdziesięciu funtów brytyjskich. Paręnaście lat temu!). Wróciłem więc do strony producenta, gdzie oprócz dziwnych adresów widniały także telefony do biura. Jako szanujący siebie Polak, ja również posiadam połowę rodziny rozlokowaną po Wielkiej Brytanii, więc napisałem do najbardziej obrotnej kuzynki, Karoliny, z prośbą o przetelefonowanie do siedziby Chancellor Tobacco z nadzieją, że jednak nie zajmują się dystrybuowaniem amfetaminy. Aha, warto wspomnieć, że poprosiłem Karolinę o pofatygowanie się do sklepu z tytoniem z zapytaniem o dostępność papierosów. Sprzedawca po usłyszeniu nazwy marki rzekomo spojrzał się na dziewczynę jakby ta chciała kupić w tytoniowym azbest. Nigdy o niej nie słyszał. Wracając do telefonu. Ku mojemu pesymistycznemu zdziwieniu a zarazem radości, numer był aktywny. Ba, nawet ktoś się pofatygował, aby go odebrać. I cóż się okazało?

    Ano że owszem, Treasuerers Aluminium były dostępne w sklepach, jednakże przy przeforsowaniu ustawy o odpowiednim oznakowaniu wyrobów tytoniowych za pomocą czarnego napisu na białym tle wraz z upiększającym opakowanie zdjęciem płaczących, bezzębnych dzieci z wfotoszopowanym szlugiem w kąciku ust, Chancellor Tobacco zostało postawione przed wyborem – dostosować się do nowych wytycznych, lub też utrzymać swój status produktu ekskluzywnego. Papierosów, w które zaopatrzają się gwiazdy kina, światowej klasy politycy, topowi biznesmeni. Wybór, o dziwo, padł tą drugą opcję, skutkiem czego wycofano produkt całkowicie z terenu Unii Europejskiej i krajów, które ingerują swoimi wymaganiami w ogólny dizajn opakowania. Temat zakończony? Wcale, że nie. Istnieją bowiem państwa, które pozwalają na sprzedaż papierosów bez większego wpływania na wygląd nadruku. Karolina została poinstruowana, że aluminiowe puszki są dostępne „chociażby w Emiratach Arabskich, czy Japonii.” Osobiście obstawiam, że są także dostępne w Stanach Zjednoczonych z powodu praktycznie „pustego” frontu na opakowaniach papierosów, jednakże to tylko moje domysły. Mogłyby być również dostępne w Chinach, jednakże pies wie kto z nimi utrzymuje jakie kontakty finansowe i czy przypadkiem ktoś na kogoś nie jest aktualnie obrażony. Oficjalne wytyczne wskazywały jasno – Tereny wokół Dubaju i Tokio. I cóż – znalazłem się w patowej sytuacji. Jasne, dowiedziałem się konkretnie gdzie mogę nabyć wyszukiwane przeze mnie towary, jednakże były one daleko poza zasięgiem mych rąk. A wyjazd do Japoni lub Emiratów Arabskich kreśli się na horyzoncie moich planów na przyszłość gdzieś na równi z wypadem do Korei Północnej. Czyli bardzo, bardzo, bardzo daleko. Oprócz tego miałem tę wątpliwą przyjemność urodzić się w małej miejscowości na północy kraju, gdzie największym osiągnięciem zawodowym większości mieszkańców jest nastukanie sobie trójki dzieciaków, zaś ambicje na plany wycieczkowe kończą się na rodzinnym wypadzie na starówkę, by „bombelki” pobiegały sobie po fontannie wbudowanej w chodnik. W skrócie – nie miałem co liczyć na to, że akurat ktokolwiek z moich znajomych będzie wybierał się w tamte rejony. I wtedy z nieba spadł mi Rudi.

    Rudi to stary kolega z politechniki. Jeden z najbardziej łebskich gości jakich miałem przyjemność na polibudzie spotkać. Nasze drogi rozeszły się całkiem szybko, gdyż karierę naukową postanowiłem odstawić na później kosztem pracowania dla obcego kapitału na norweskiej ziemi. Tak się całkiem sympatycznie złożyło, że Rudi akurat w momencie, w którym otrzymałem od Karoliny wiadomość, był na służbowym wyjeździe w Kobe-shi. Nie tracąc czasu napisałem do niego. Pierwszy raz od siedmiu lat. A on powiedział, że… zobaczy co da się zrobić! Wśród rzeczy, o które go poprosiłem (Treasurery nie były jedynymi papierosami, o które spytałem Rudiego, ale o tym kiedy indziej), były właśnie aluminiowe paczuszki wypełnione najdroższym wyrobem tytoniowym produkowanym seryjnie. Szukanie zajęło dwa dni, ale… Odszukał je! Fakt, że dopiero w Hiroshimie, ale były! W sklepie pod jego hotelem stały trzy sztuki na wystawce. Wersje Black, Gold i Silver. Cały komplet.

    Na pytanie które chcę, moje samozaparcie dało za wygraną odpisałem machinalnie „Wszystkie.” No dobra, może nie było w tym totalnego lekkoducha, ponieważ cena nie była jednakowa z tą z wysp brytyjskich. Byłem przygotowany na wydatek rzędu co najmniej pięćdziesięciu funtów za opakowanie, a okazało się, że w Japonii kosztują one kolejno: Black – 3000 jenów (jakieś sto złotych); Gold i Silver – po 2800 jenów każda (jakieś mniej niż sto złotych od puszki). Czyli łącznie wychodziło na to, że zapłacę za wszystkie trzy tyle, co za jedną w Wielkiej Brytanii kupę lat temu. Po trzech dniach wszystkie opakowania trzymałem już w ręce. Były lekkie komplikacje przy płatności – Rudiemu zabrakło kasy, płatność kartą nie była mile widziana więc prawie błagając kumpla, poprosiłem go o wypłacenie pieniędzy z bankomatu. Oczywiście zapewniłem, że koszt przewalutowania (dwadzieścia złotych) także biorę na klatę, byle by tylko już leżały bezpiecznie w jego pokoju czekając na przekazanie!

    Osobiście oczekiwałem się, że ich rozmiar będzie odrobinę większy. Z drugiej strony czego miałbym oczekiwać od metalowej puszki wymierzonej na papierosy o długości stu milimetrów w ilości sztuk dwadzieścia ułożonych w dwóch rzędach po dziesięć? W przeciwieństwie do innych metalowych puszek z papierosami, te charakteryzują się rozpoznawalnym dla tej marki zawiasem i sposobem otwierania. W środku czeka na nas uczta dla oczu i (zapewne) dla ust. Największy efekt robi wersja Black, gdzie świetnie ubity, czarny papieros ozdobiony jest złotym filtrem (niczym Sobranie Russian Black, ale tak na sterydach). Wersja Gold i Silver różnią się tym, że filtry są ozdobione odpowiednio w złotą i srebrną folię. No i bibetka jest biała, nie czarna. Naiwnie gdzieś myślałem, że zamiast folii, nałożone jest na nie spożywcze złoto znane z dodawania do różnych alkoholi, ale prawda jest inna.
    W ten oto sposób, za wielką pomocą Karoliny i Rudiego, stałem się najprawdopodobniej jednym z nielicznych właścicieli kompletu całej serii Treasurers Aluminium. Jeden z kamieni milowych osiągniętych. Co teraz? Zapewne reszta papierosów od Chancellor Tobacco Company. Chyba, że poryra mnie do reszty i szarpnę się na paczkę „Solidarności” za prawie całą moją pensję. Wtedy nie będzie opłacać już się za mnie modlić.

Oglądasz 4 wpisy - 1 z 4 (wszystkich: 4)

Musisz się zalogować by odpowiedzieć w tym temacie.