fbpx

Chcesz? Bo jak nie, to wyrzucam.

Temat zawiera 2 odpowiedzi, i ma 2 odpowiedzi, ostatnio zaktualizowany przez  Radwan 13 godz., 56 minut temu.

Oglądasz 3 wpisy - 1 z 3 (wszystkich: 3)
  • Autor
    Wpisy
  • #35777

    Radwan
    Uczestnik

    (Tak, wiem że tekst ten tak bardzo mija się z tematyką strony, ale nie chcę aby owoc paru godzin luzu w pracy gdzieś przepadł. Wybaczcie.)

    Syndrom chomika. Jeśli miałbym wskazać chorobę, która objawiła się we mnie jako pierwsza, byłby nią na pewno syndrom chomika. Nie ważne co, nie ważne gdzie – wszystko musiało być magazynowane. W każdym zakamarku mojego pokoju, w każdym kącie biurka. Byle gdzie, byle tylko poza zasięgiem wzroku rodziców. Wysiłek wkładany w ukrywanie fantów przed starszyzną szedł najczęściej jak krew w piach i często musiałem stawać przed zdegustowaną Mamą gęsto perswadując  jej, czemu folie aluminiowe z tabliczek czekolady są mi aż tak niezbędne do normalnego funkcjonowania i czemu za żadne skarby nie można ich po prostu wyrzucić tam, gdzie ich miejsce – do kosza. Kończyło się zazwyczaj tak samo – na nic zdawały się przekonania, że pieczołowicie rozpakowywałem każdą tabliczkę, byle nie naruszyć w żadnym miejscu folii, że książki wcale nie brudzą się, gdy między strony wrzucam kolejne, aluminiowe arkusze i że niektórzy suszą między stronicami liście, ja między nimi prasuję aluminium. Ambicje stworzenia największej na świecie kolekcji sreberka po czekoladzie szły do lamusa, kiedy pod groźbą kary na komputer wyrzucałem moje marzenia na wysypisko straconych szans na sukces. I tak było z praktycznie wszystkim – gadżetami z Kaczora Donalda, tazosami pokemonów z czipsów, puszkami wypitych napojów gazowanych, figurkami z Kinder Niespodzianek. Lecz mimo usilnych prób i starań rodziców, Nie dało się jednak wybić z głowy manii zbierania. Genów oszukać się nie da. Moja Babcia robiła ze swoich mebli składowiska gadżetów wątpliwie potrzebnych do życia i ktoś ten atrybut odziedziczyć musiał. Cóż, padło na mnie. I dopiero po prawie dwudziestu pięciu latach udało mi się w miarę ukierunkować i skupić chęć chomikowania na jednej rzeczy. Papierosach. A wszystko zaczęło się całkowicie niepozornie, chciałoby się powiedzieć dla zwiększenia uwagi. Prawda jest jednak taka, że prawie od samiuteńskiego początku wiedziałem, czym będzie grozić przyjęcie podarunku od starego znajomego. Ale po kolei.

    „Chcesz? Bo jak nie, to wyrzucam.” – tymi słowami powinienem chyba zatytułować ten wpis. Od nich kolega ze studiów, Jarek, rozpalił niegasnący płomień w moich oczach. Na wyciągniętej w moją stronę ręce wisiała hipermarketowska „zrywka”, a w niej opakowanie bezfiltrowych papierosów marki Żubr, oraz aż trzy paczuszki Żubr Lights. Nie wiem w jaki sposób znajomy wszedł w posiadanie aż czterech pełnych, zafoliowanych paczek papierosów brandowanych naszym narodowym kudłaczem z borów, ale nie to się liczyło. Stan praktycznie idealny. Akcyza wypluta przez drukarkę w 2002 roku. Cena na opakowaniu? Zatrważające 3 złote 20 groszy Polskich Nowych Złotych. Patrząc na nie, mój syndrom chomika zadął w róg obwieszczając niekończący się sezon łowiecki, w którym trofeami miały być właśnie papierosy. Ale żeby nie było za prosto, aby łowy były jakimś wyzwaniem, to moim celem nie były puste opakowania, a ni też paczki otwarte (mimo, że zarówno jedne i drugie znajdują się w kolekcji w pojedynczych sztukach). Nie, nałożyłem na mój zbieracki pysk dosyć solidny kaganiec, który nakazywał mi okazywanie posłuszeństwa w stosunku do zasady zbierania pełnych, nieotwartych paczek wraz z oryginalną zawartością. Tak więc ze wzruszeniem ramion potwierdziłem Jarkowi moją chęć wejścia w posiadanie plastikowej siatki wraz z zawartością i podziękowałem, z ucałowaniem ręki. Dobra, bez ucałowania, gdyż do dzisiaj nie wiem gdzie Jarek się szlaja w swoim czasie wolnym. Ale grabę uścisnąłem.

    Ale chwila. Wspomniałem, że otrzymałem aż cztery paczki, a na zdjęciach widać tylko dwie. Cóż więc podziało się z resztą mojego pierwotnego dorobku? Musisz widzieć, że jestem osobą niesamowicie szczodrą. Jestem z zasady osobą skromną, jednakże nie mogę oszukiwać nikogo dookoła zaprzeczając faktowi, że dobroć mego serca skąpanego w czystym złocie nie ma sobie równych. Moja kochana Mama zachowała część mojej garderoby z dzieciństwa i wszakże wspominała coś o tym, że przyoszczędzi się w ten sposób na ciuchy dla mojego potomka, bo „bieda z nędzą”, aczkolwiek w głębi duszy wiem, że tak naprawdę trzyma je aby po moim odejściu skrawki ubrań stały się relikwiami upamiętniającymi moją empatię do bliźnich. Pewnie myślisz teraz, że stworzyłem cztery fundacje charytatywne, nawołuję do rozdawnictwa swych majątków wszystkich krajowych oligarchów, zaś sam dylam w sandałach z lekko nieprzytomnym spojrzeniem. Otóż nie! Nic z tych rzeczy. W jaki sposób objawia się więc moja szczodrość? Chociażby w taki, że dwie paczki Żubrów Lightsów oddałem moim kolegom na stancji. I nie chciałem za to pieniędzy! Widząc cztery opakowania papierosów, z czego trzy były identyczne, doszedłem do przełomowego odkrycia, że wcale dwóch z tych powtarzających się nie potrzebuję, więc nie tracąc czasu odłożyłem w bezpieczne miejsce po jednej paczce czerwonych i białych, po czym stanąłem naprzeciwko moim dwóm współlokatorom.

    Byli nimi Kuba, garażowy perkusista zafascynowany wirtuozerią napieprzania w gary w rytm dowolnej piosenki z repertuaru Slipknota, oraz Miłosz, mój najlepszy przyjaciel, biologiczny ojciec mojego chrześniaka, do którego jeszcze kiedyś wrócę na dłużej. Po zebraniu się w naszym pomieszczeniu spotkań, czyli w kuchni, wręczyłem po paczce Żubrów Lightsów każdemu z nich. Jak zareagowali? Kuba, jako zbieracz pustych paczek papierosów z różnych zakątków świata, podrapał się z uznaniem po trzech kłakach wyrastających mu z żuchwy, które dumnie nazywał „brodą”, po czym starannie ułożył paczkę na półce w swojej klitce, otoczywszy ją szczególną troską, aby miękkie opakowanie, którym zabezpieczone były papierosy, nie uległo przypadkowemu zniszczeniu. Ukłoniwszy się w pasie wycofał się do swojej światłonieprzepuszczającej nory, by oddać się w samotności swojemu hobby – symulatorowi pociągów. A Miłosz? Rozszerzył oczy, rozchylił nieznacznie usta, wydukał „O kurde, dzięki stary!”, po czym nie tracąc czasu… otworzył paczkę i zapalił papierosa. Poklepałem się w duszy po ramieniu gratulując sobie podjętej decyzji na widok mojego najlepszego kumpla palącego prawie zabytkowe Żubry. Ten, po trzech zaciągnięciach, określił doznanie które doświadczał niezbyt wyszukanym przymiotnikiem nawiązującym do męskich narządów rozrodczych, po czym spytał wyciągając w moją stronę otwartą paczkę: „Chcesz jednego?” Oczywiście, że wziąłem. Oczywiście, że dla celów naukowych. Oczywiście, że smakował paskudnie, ku zaskoczeniu nikogo. Chcesz wiedzieć, do czego można porównać palenie dziesięcioletniego papierosa? Do zaciągania się paloną kartką papieru. Po takim czasie w gwoździu nie ma nic. Wszystko jest wywietrzałe jak mój rozum decydujący o wyciągnięciu wspomnianego wcześniej papierosa z paczki. W ten oto sposób byłem świadkiem otworzenia i zapalenia jedynego papierosa, który (już nie) był w mojej kolekcji. Tamtego dnia postanowiłem sobie,  że jeśli mam zbierać papierosy na serio, to nie mogę pozwolić sobie na rozpakowywanie jakiejkolwiek z moich przyszłych pozycji. I postanowienie te trzymam do dzisiaj.

    I tak się zaczęła moja przygoda ze zbieractwem ukierunkowanym. Dwie (cztery, psia mać!), paczki w miękkim opakowaniu, kształtem wpadające w kwadrat wylały fundamenty pod sprowadzanie coraz to większej ilości wyrobów tytoniowych z różnych zakątków świata do domu, ku (o dziwo) zadowoleniu wszystkich! Niektóre nabyłem sam, niektóre otrzymałem od życzliwych mi osób. W każdym razie jest to temat na inne historie. Póki co odłożę moje Żubry z powrotem na miejsce i będę cicho trzymał kciuki za to, żeby ma Matula nie odnalazła gdzieś w piwnicy ostatniej książki zapełnionej sreberkami z przełomu tysiącleci. Uparcie wierzę w to, że jeszcze kiedyś zbije na nich fortunę!

     

    #35778

    Kondor
    Uczestnik

    Bardzo ciekawy wpis i dobrze się czytało. Chciałoby się zobaczyć więcej zdjęć kolekcji i poznać historię poszczególnych eksponatów 🙂

    #36025

    Radwan
    Uczestnik

    Jeśli miałbym wskazać okres największej laby po rozpoczęciu „dorosłego” życia, to bez wątpienia byłby to rok związany ze stażem w Starostwie Powiatowym w Wydziale Radców Prawnych. Dwa malutkie pokoje połączone ze sobą wiecznie otwartymi drzwiami. Dwie ekipy, a między nimi grzeczny studencik z ulizanymi jak sierść dachowca po myciu włosami. To ja. Dni płynęły leniwie, acz przyjemnie. Zakres obowiązków opierał się na wypisywaniu kopert do adresatów rzecznika do spraw konsumentów, pisania pism przedsądowych pod dyktando mecenasa Waldemara, czy nie pałętaniu się pod nogami osób, których harmonogram dnia opiewał na czynności bardziej ambitne, od notorycznego popijania herbaty.

    Pewny jesienny dzień przełamał w końcu rutynę pracy jako urzędnik w wersji demo. Kończyłem adresować kolejny generyczny list do oburzonego klienta, który zakupił sobie cichobiegi w lokalnym sklepie marki krzak za piętnaście złotych, po czym po paru dniach ze świętym oburzeniem przychodził do rzecznika drąc japę, że, niespodzianka, podeszwa się odkleiła. Stwierdziwszy, że te laczki są warte siedzenia pół godziny na korytarzu i pisania oficjalnego wniosku do mecenasa, konsument tygodnia odchodził z uśmiechem na ustach świadczącym o tym, że „Tera to im pokaża! Oddadzom pienionszki łachudry!” Niestety dla nich, procedura jest sztywna jak pranie na dworze w środku zimy – po krótkiej wymianie formalności ze sklepem, który oczywiście zwrócić pieniędzy nie zamierza, sprawa jest odsyłana do konsumenta z poinformowaniem o możliwości rozpoczęcia procesu przeciwko sprzedawcy. Ekscytujące, nieprawdaż? Wracając do meritum – muszę nawiązać jakoś do papierosów. Kierownik wydziału, mecenas Waldemar, stwierdził, że wybywa na festiwal piwa do naszych południowych sąsiadów. Jako rosły mężczyzna widać było, że kuflem złotego trunku nie gardzi, więc przez dwa tygodnie przed wyjazdem nie trajkotał o niczym innym jak o melanżu w ojczyźnie Krteka. Temat szybko mi zobojętniał i zacząłem puszczać podekscytowane słowa bezpośredniego przełożonego mimo uszu.

    Działo się tak do momentu, gdy temat nie zszedł w stronę używek i ich wątpliwie pozytywnego wpływu na zdrowie poczciwego rencisty Waldemara.  Nagle zaskoczyło. Zakleiłem kopertę, odłożyłem długopis i niewiele myśląc spytałem się mecenasa, czy ten nie jedzie przypadkiem do Czech za późno skojarzywszy, że jego wyjazd jest tematem numer jeden od parunastu dni. Ten spojrzał na mnie jakbym odmówił mu zaparzenia kawy i potwierdził. „A byłby pan na tyle miły i będąc tam, kupił mi jedną paczkę czeskich papierosów? Oczywiście koszta panu zwrócę!” Trybiki szybko przeskakiwały w głowie mecenasa oscylując między „będzie chciał ją spalić”, a „zbiera papierosy”? Zakładam, że finalnie doszedł do wniosku, że średnio go to obchodzi i odparł bez większych emocji, że nie ma problemu. Na scenę wkracza pan Mirek out of fucking nowhere. Myślałeś, że te wszystkie wypociny zmierzały w stronę czeskich papierosów? Pudło. O nich kiedy indziej. Kim jest pan Mirosław? Pan Mirek siedział w drugim bliźniaczym pokoju i nie był związany stricte z Zespołem Radców Prawnych. Miał jakieś stanowisko związane z kontrolą rzeczy na tyle nudnych, że nawet mi nie chce się przypominać czego się tyczyły. Wychylił głowę przez futrynę i patrząc na mnie przez swoje przyciemnione okulary spytał się, wyczuwając, dlaczego poprosiłem o przysługę mecenasa: „Zbierasz papierosy?” Miałem ułamek sekundy nad obraniem odpowiedniej odpowiedzi. Wszakże moim celem było zebranie pokaźnej kolekcji, jednakże oprócz dwóch paczek Żubrów, nie miałem w posiadaniu ani jednego opakowania. Setne sekundy płynęły jedna za drugą, zaś ja ważyłem w myślach słowa, których wypowiedzenie najprawdopodobniej miało zadecydować nad losami mojej kolekcji. Odpowiedź musiała być zważona, nieokraszona zbędnym, młodzieńczym podnieceniem, a tym bardziej obojętnością. Nie za długa, aby nie zmęczyć i znużyć mojego rozmówcę. Tembr głosu nie za niski, aby nie podbijać sztucznie powagi sytuacji, nie pozwalając sobie zarazem na pianie niczym władca kurnika o poranku. Spojrzałem wprost w niewiadomego koloru oczy pana Mirka i wydukałem suche: „Tak”. Mistrzostwo dyplomacji.

    Tak się składało, że pan Mirosław był szczęśliwym posiadaczem tematu tych słownych tortur, przez które właśnie przechodzisz. I będąc miłym facetem i zarazem spoko kolegą zza ściany postanowił przekazać mi drugą w chronologii pozycję w mojej kolekcji – klasyczne Marlboro z (jak sam podał pan Mirosław) okolic osiemdziesiątego piątego roku minionego stulecia. Stan idealny, kolekcjonerski. Zacisnąłem delikatnie palce wokół miękkiego opakowania bez żadnych hipokryzyjnych, smutnych jak gałka lodów na chodniku napisów o bogatej gamie chorób, czy równie bezsensownych zdjęciach przegniłych zębów. Nic, żadnych dziwactw. Format nieznacznie powiększonej (o około 3-4 milimetry), standardowej paczki papierosów. Zafoliowane, nieruszone, z charakterystyczną, niebieską kartką, która z biegiem lat zacznie ewoluować w banderolę. Oczy świeciły mi się jak nadzieja statystycznej głowy rodziny na wyjście z grupy reprezentacji w kopaną na dowolnej międzynarodowej imprezie. Ba, świecą mi się do dzisiaj. Pół dnia pytałem pana Mirosława w jaki sposób mogę mu się odwdzięczyć za taki prezent, lecz poczciwy chłopina nic nie chciał. Życzył mi, aby kolekcja rosła w siłę, po czym oddał się swoim obowiązkom służbowym.

    Machina zaczęła nabierać obrotów na poważnie. Trzecia paczka trafiła w me opiekuńcze ramiona. W tle rysowała się kolejna paczka, tym razem pierwsza zza granicy. Usiadłem w niepokojąco dobrym nastroju na swoim miejscu, oglądając prosty nadruk na nowej zdobyczy. Zastanawiając się po raz pierwszy w swej karierze zbieracza, gdzie powinienem ulokować te, jak i kolejne paczki papierosów. Widziałem, że dzięki samozaparciu i odrobinie szczęścia wraz z życzliwością osób takich jak pan Mirosław, uda mi się ciągle kolekcję powiększać. Stałem się sam dla siebie kołczem Majkiem. Tytoniowym Piotrem Blandfordem. Korposzczurem szczutym przez własny syndrom chomika. A to był wciąż początek zbieractwa.

    • Ta odpowiedź została zmodyfikowana 13 godz., 49 minut temu przez  Radwan.
Oglądasz 3 wpisy - 1 z 3 (wszystkich: 3)

Musisz się zalogować by odpowiedzieć w tym temacie.